Relacja z wyprawy na Krym – półwysep rozmaitości

Planowaliśmy te wyprawę od grudnia, dużo czytaliśmy ,szukaliśmy informacji w necie, ale to co tam nas spotkało zostanie długo w naszej pamięci… W końcu skutery były przygotowane do podróży, choć wielu mówiło ze nie dadzą rady to jednak uparliśmy sie i ruszyliśmy w nieznane. Tak jak było uzgodnione pojawiliśmy sie o 6 rano na stacji Orlenu Paw sie trochę spóźnił a Kamikac po rozmowie telefonicznej powiedział ze mamy ruszać on nas dogoni.
Pozegnali nas Ionel i Przemo .

I ruszyliśmy….w nieznane na Krym -półwysep rozmaitości.
Jedziemy autostradą, mijamy pierwszą bramkę i Krzychu zatrzymuje sie bo cos mu Hela nie tak idzie ,rozbiera sprzęgło, nie cofa sie sprężyna. Myśli duma i nie może znaleźć przyczyny.
W końcu Krzychu zdenerwowany zakłada wszystko tak jak jest i ruszamy dalej .
Zatrzymujemy sie na postoju na autostradzie za Koninem i dzwonie do Kamikaca. Okazuje sie ze on jest na tym samym postoju… tylko sie nie widzieliśmy. Ubaw mamy po pachy.
Od teraz jedziemy juz w komplecie
Ja-Madzia na Yamaha Majesty 250 z 1996 roku z Młodym na plecaka
Krzychu na Honda Helixie z 1989 roku
Kamikac na hondzie Silwer Wing rocznik 2001 oraz Paw na Mz-tce
Jedziemy dalej autostradą ,powoli kilometry zaczynają mijać ,jesteśmy przed Zgierzem ,zaczyna kropic… a po chwili juz leje tak ze ledwo widac cokolwiek. Jesteśmy przemoczeni.
Przestaje padać ,zaczynamy schnąć w czasie jazdy, ale niestety przemokliśmy prawie do suchej nitki
Zajeżdżamy do warsztatu skuterowego ,prosimy o klucz i Krzychu znowu zaczyna grzebać przy Helixie – tym razem udanie. Ulga w oczach Krzycha ,ze nareszcie będzie mógł jechać spokojnie…
Reszta drogi mija bez problemów ,choć gubimy sie w Słowacji, cofamy sie i trafiamy do sklepu, gdzie kupujemy cos na wieczór. Sprzedawca pyta sie gdzie jedziemy? Na Krym.. – zaczyna sie śmiać ,chyba dojedziecie 24-go ,ale grudnia!
Nocleg na kompingu poprzedzony relaksem przy winie i piwie wynagradza trudny dzień.

Dzień  drugi
Budzi nas świt poranka, ale pochmurnego ,a po chwili zaczyna padać. Osobiście nie lubię jeździć w deszczu, ale co zrobić – czeka nas jeszcze masa kilometrów. Ruszamy w ulewnym deszczu ,Krzychu mówi ze może pada tylko w tej dolinie gdzie jest nasz kemping- ma racje po kilku kilometrach pojawia się słońce, zaczynamy znowu obsychać. Do granicy -Uzgorod docieramy w słońcu. Czekamy jakieś 1,5 godzinki na odprawę i zebranie odpowiednich pieczątek. Ruszamy dalej, droga mija nam bez przeszkód i komplikacji. Moja Yamaszka zaczyna jednak dziwnie warczeć, chyba wydmuchała uszczelkę pod wydechem, ale cóż sklepów nie widać. Hałaśliwa Yp-ką jadę dalej.
Pod wieczór po kolejnej dawce kilometrów znajdujemy nocleg. Rozbijamy namioty na małej polanie. Paw wyciąga kuchenkę i robi kolacje. Jesteśmy pod samą granicą z Rumunią. Znowu pada…

Dzień trzeci
Wstajemy dość wcześnie bo o 6 rano naszego czasu, jednak mokrych namiotów nie chce nam sie tak szybko składać i robimy tak zwane wolne przebiegi …W końcu ruszam pierwszą drogą którą tu dotarliśmy. Wiedziałam ze po deszczu może być kiepsko i nie myliłam się. Na koleinie ślizgam sie i prawie kładę maszynę ,buty w błocie po kostki! Udaje sie w końcu dojechać do utwardzonej nawierzchni. Jest juz ósma. Zaczyna kropić ,trafiamy do miasteczka i zatrzymujemy sie w dość nastrojowej knajpce, gdzie panuje półmrok i w tle leci muzyka a’la disco polo -zjadamy obiad i powoli deszcze przestaje padać. Ruszamy dalej ,znowu zaczyna padać… Wjeżdżając do malej miejscowości trafiamy na grysik na drodze, skuterom udaje sie go ominąć ,ale Paw na swojej MZ niestety nie dał rady ,zaliczając niezłego szlifa (straty na szczęście niewielkie – lusterko i złamana rączka hamulca).
Jesteśmy przed granicą z Moldovią, zatrzymujemy sie by zrobić zakupy i szukamy noclegu. Udaje sie- babuszka pozwala rozbić nam namioty na jej podwórku. Jest nawet woda ,ale pryszniców brak i oczywiście sławojka. Poznajemy Wilija, który jest nam bardzo pomocny i nie może uwierzyć gdzie jedziemy.
Po kolejnych kilometrach tragiczny stan dróg daje się we znaki. W Yamaszce ułamało śrubę w zawieszeniu, trzeba pilnie poszukać mechanika. Z pomocy mechanika ma zamiar skorzystać również Krzychu. Kolejny dzień zaczniemy od grzebania (naprawiania ) skuterów
Dziś powinniśmy być juz na Krymie ,ale jak sami widzicie jakoś nie udało sie tam dojechać, nasze wolne przebiegi przy pakowaniu namiotów bardzo utrudniały wykonanie planu. Coraz bardziej zaczyna doskwierać również upał…

Dzień czwarty
Poranne wstawanie było bardzo powolne ,za to śniadanie prawie w biegu ,jak juz sie spakowaliśmy to zamiast do granicy z Moldovią (za którą nie wiadomo ca nas czeka) ruszyliśmy do mechanika. Szybko zdjęłam tłumik i wahacz, a mechanik zabrał sie za wiercenie złamanej śruby. W międzyczasie Krzychu rozbierał Helixa i wymieniał z drugim mechanikiem łożysko, którego znalezienie było nielada wyczynem. Do granicy odprowadził nas Wiliam, bo nie mógł uwierzyć ,gdzie jedziemy – „przecież tam nic nie ma???” Może i nie ma ,ale nie przeszkodziło to nam ruszyć przez granicę Ukrainsko-Moldovską w stronę Kiszyniowa. Paw wymienił walutę na leje i ruszyliśmy prostą ,szeroka asfaltowa drogą. Za granicą z Moldovią pokazały sie nam piękne widoki i szerokie drogi ,może nie idealnie równe ,ale możliwe do przejechania nawet dla skuterów .W Moldowi nie ma serpentyn prowadzących pod górę ,droga jest wytyczona prosto jak strzała i po sam horyzont widać jej koniec. Cudne widoki…
Tubylczy wyraz skuterów dał nam się we znaki gdy ludzie na nasz widok podbiegali do płotów, machający do nas z uśmiechem na ustach i dzieciaki próbujące „ścigać” sie z nami .
Dziury, które spotkaliśmy na rondzie spowodowały ,ze zwolniliśmy prędkość do minimum (asfalt zlał się spłynął i powstały niesamowite dziury i koleiny). Zajeżdżamy na stacje ,a moja Yamaha zdycha i nie chce odpalić… Rozbieram ja do silnika – gaźnik wisi z ledwością ,dokręcam 2 śruby i wszystko gra…co za ulga. Jedziemy dalej szeroka droga – już betonówką (podobno Niemcy ja budowali). Co jakiś czas pojawia się wyskocznia (coś na wzór naszych „leżących policjantów) – nasze skutery uczymy latać. Trzeba nieźle uważać. Widoki ,które widzimy z drogi zapadają głęboko w pamięć – zwłaszcza całkowity brak ludzi.  Tylko gdzie niegdzie pojawiają pasterze, trochę krów i owiec i łąki, sady i pagórki.
Przed Kiszyniowem robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszamy do stolicy Moldovi.
I szok ,nagle pojawia sie taka ilość samochodów jakiej nie widzieliśmy przez cala trasę do Kiszyniowa ,a w dodatku do stolicy prowadzi szeroka ulica 4 pas w jedna stronę i w druga. Dowiadujemy sie o drogę do Odessy ,ale nie przez Republikę Nadniestrzanską …tylko normalnie nie mamy ochoty na waprosy.

 

Przejeżdżamy przez Kiszyniów -jeszcze tylko ostatnie tankowanie na Mołdovi i wydajemy wszystkie leje Jedziemy jest juz całkiem ciemno a dopiero 19 ich czasu. Pojawiają sie nieoświetleni rowerzyści oraz piesi ,których o mało co nie kasujemy. Nie – w takich warunkach nie da sie jechać. Dojeżdżamy do najbliższego miasteczka Causani i szukamy hotelu. Jest jedyny w mieście – 10 dolarów od osoby ,ale oczywiście wody nie ma. Tzn. była do 21 ,a z powrotem będzie około 6 rano. Młody ustawia zegarek na 6 – nie możemy przecież tego przegapić!

Dzień piąty
Od 6 rano kolejka pod prysznic ,by sie wykąpać i po śniadanku oraz malej kawie ruszamy do granicy Moldavsko-Ukrainskiej a potem czeka juz na nas sama Odessa. W końcu dojeżdżamy do granicy. Autobusy czekające na odprawę wydzielają z rur normy EURO 6 albo 7 – nie da sie stać za nimi, wpychamy sie, wypełniamy kilka świstków i do kontroli sie ustawiamy, znowu kilka pieczątek i w końcu ruszamy dalej. Droga prowadząca od granicy to trasa dla trialowców ,a nie normalnych skuterowców. Nawet Tiry miały problemy by nią przejechać ,dziura na dziurze i obok następna dziura …i tak przez około 5 km.
Jedziemy bo do Odessy zostało raptem niewiele kilometrów. Planowaliśmy przenocować w Odessie i pozwiedzać. Tutaj dopadła nas też wschodnia kultura jazdy. Zakaz ruchu nie obowiązuje, auta jada pod prąd i pchają się, bo maja lepsze fury. Przez 2 pasy zajeżdżanie komuś drogi to norma, zatrzymywanie sie na pasie ruchu to tez nic dziwnego – totalna samowolka.
Skuterzyści jeżdżą bez kasków ,trąbią na inne skutery i przeciskają się w najmniejszą szparę.
Wyjeżdżając z Odessy coś zaczęło znowu stukać – Yamaha straciła kolejną śrubę trzymającą wahacz.
Kilkadziesiąt km od Odessy znajduje sie kemping. Po drodze w wiosce Krzychu łpie kapcia -dziura taka, że można pięść wsadzić. My szukamy kempingu, Krzychu czeka przy HElixie. W końcu około 23 udaje nam sie znaleźć miejsce na kempingu na nocleg ,Ja i Kamikac zrzucamy bagaże i jedziemy po Krzycha. Paw i Młody zostają by rozbić namioty. Krzychu stoi tak jak go zostawiliśmy, ale nie sam! Z Sergiejem i Sergiejem -jeden Bialorusin ,drugi Ukrainiec. Helixa można u nich zostawić .
Wracamy na kemping i zmęczeni kładziemy sie spać.

 

 

 

Dzień szósty
Dziś juz nie liczymy kiedy będziemy na Krymie, ważne że być może kiedyś tam dojedziemy. Nadal jednak jesteśmy pozytywnie nastawieni. Po śniadaniu ja i Krzychu wsiadamy na Yamahe i ruszamy do Odessy szukać sklepu gdzie kupimy oponę do Helixa. Myśleliśmy, że będzie z tym problem, a tym czasem okazało się że mają tu sklepik skuterowy – uff – jest opona do Helixa. Niestety nie był to koniec problemów tego dnia – chłopaków dopadły kłopoty żołądkowe. Wczorajsze małże nie były jednak dobrym pomysłem.

 

 

 

Dzień siódmy
W końcu ruszamy, pogoda nam dopisuje ,ale ja nie liczę że potrwa to długo i rzeczywiście – deszcz znowu nam towarzyszy -zlało nas kolejny raz do suchej nitki. Podróż odbywa sie bez przeszkód i w końcu docieramy do granicy Autonomicznej Republiki Krymu. Jak okiem sięgnąć po jednej i drugiej stronie drogi ten sam widok – po sam horyzont pusta przestrzeń. STEP!!! Robi wrażenie. To coś niesamowitego … przestrzeń, rozległa przestrzeń i nic… pola ,pola i pola i trawa koloru żółtego albo raczej uschłego. Rozbijamy namioty w jedynych w okolicy krzakach, za to blisko morza. Próbujemy zrobić kolację jednak co Paw podświetla garnek zaraz wpada do niego jakiś zwabione światłem owad – wkładka mięsna gratis!

 

Dzień ósmy
Ruszamy by zobaczyć piękne skałki w Atlesz. Niestety szybko droga asfaltowa kończy się i wjeżdżamy na hmmm… jak to nazwać? Drogę ubita ,z wystającymi kamieniami. Skałki są przepiękne, widok morza po horyzont, przestrzeń, trudno to opisać – popatrzcie na fotki. Niestety piękne widoki psuje brud panujący wszędzie i brak toalet.
Mamy wybór jechać dalej lub cofać sie ta samą drogą ,ale patrząc na mapę wynika ze to tylko jakieś kilka km….Ruszamy do przodu kamienistą drogą. Po chwili zaczynamy wątpić – nie raz Młody musiał schodzić z Yamahy bym mogła jakoś przejechać . Po przeszło 20 km. walki z drogą i obolałymi rękami docieramy do asfaltowej drogi. Chłopacy z tej radości całują ulice.
Tubylców pytamy o drogę i ruszamy w stronę Eupatori. Kolejną wyboistą droga drogą dojeżdżamy do  kempingu. Mam już dość, jestem wściekła ile można jeździć drogami do których skutery nie są przystosowane. Tym bardziej, że na takiej drodze PAW-la wyprzedziła Honda dio z dwoma chłopcami! Opadła mu szczęka jak to zobaczył -przecież to niemożliwe na 8 calowych kółkach ….nie do wiary.
Wieczorem Młody powiedział ze był to DZIEŃ BEZDROŻY i takim pozostanie w mej pamięci.

 

 

 

Dzień dziewiąty
Oczywiście jak jest okazja korzystamy z porannej kąpieli, bo niewiadomo czy wieczorem będziemy spać na plaży czy w hotelu. Uzgadniamy trasę i ruszamy w stronę Jałty. Po drodze zwiedzając Sewastopol. Droga mija nam szybko i bez problemów. Około 17 jesteśmy juz prawie w Jałcie. Zamiast na kemping trafiamy na drogę, która prowadzi nas do największego wodospadu w tym rejonie Europy. Znajdujemy komfortowy jak na te rejony nocleg. W końcu nawet skutery są po dachem i to na strzeżonym parkingu .

 

Dzień dziesiąty
Rano jak to juz mamy w zwyczaju pakowanie i śniadanie. Ruszamy w stronę Sudak-a. Ale jeszcze musimy zobaczyć Jałtę. Trafiamy na drogę krętą, wąską, która prowadzi nas do rezerwatu i nagle kończy sie bramą??? Jedziemy dwupasmówką ,a później krętą drogą, ale piękne widoki umilają nam godziny jazdy w upale. Po drodze mijamy kilku motocyklistów na Trans Alpach – które są zdecydowanie lepsze na ukraińskie drogi od naszych skuterów. Do Sudaka wjeżdżamy około 16, mijamy miasteczko i zatłoczone pola namiotowe -szukamy naszego kempingu. W końcu prawie przejeżdżamy obok -jest …ulga wielka. Po obiadku do morza -w końcu zasłużony odpoczynek. Niestety potworny żar z nieba zmusza nas do ewakuacji! Ruszamy do twierdzy w Sudaku. Przed twierdzą jest tłoczno, sporo ludzi i straganów-kupuje bilety za 2 dorosłe osoby i dziecko place 100hr…jestem w lekkim szoku. Ale juz wiem za co tyle zapłaciliśmy –
pokazy rycerskie to jest atrakcja ,a taniec Kasandry na pewno spodobałby się nie jednemu chłopakowi.

 

 

 

Dzień jedenasty
Budzi nas glos -Polacy są tu jacyś???? To Polacy z Sosnowca ,którzy byli na tym kempingu przed nami dopytują się jak nam sie jechało i co pozwiedzać. Mówimy im o drogach i granicy z Moldovią oraz innych ciekawych miejscach ,które widzieliśmy. Wymiana uścisków i każdy rusza w swoją stronę. Zanim jeszcze ruszymy w drogę idziemy na plażę. W końcu około 11 ruszamy w drogę w kierunku Teodozji…A pozniej dalej juz w stronę domu…do Polski. Szybkie zwiedzanie Teodozji z siodła i ruszamy w stronę Chersonia. Na stacji benzynowej kupujemy olej -czas zrobić wymianę w Majesty i Helixie – warunki polowo-stepowe nas nie przerażają. Jedziemy dalej ,na jednej z dziur Kamikac gubi GPS-a. Jakiś mini busik kończy dzieło destrukcji. Czas wyciągnąć mapy. Jedziemy dalej mijamy Dzankoj, jakieś 30 km za tym jedynym miasteczkiem zatrzymuje sie by założyć kurtkę – pierwszy raz od wielu dni. Paw stwierdza ,ze Krzychowi coś koło krzywo idzie. Podejmujemy decyzję, że nie jedziemy dalej nocujemy na stepie ,wsród opuszczonych budynków dawnego kołchozu. Okazuje się. że Krzychu wysypał kolejne łożysko – dobrze że mamy zapasowe. Pojawiają sie miejscowi by pomóc i biorą od nas 20 hr za „ochronę”  – dajemy cóż wolimy dać niż nie spać. Wieczorem wiatr cichnie ,jest ciepło wręcz gorąco. Wieczorne remonty skuterów idą pełną parą. Zasypiamy ….

 

 

 

Dzień dwunasty
Rano przed śniadaniem ruszam z Krzychem na Yamaszce po brakujące śruby i podkładki do hondy, Szybko znajdujemy sklepik z różnymi potrzebnymi śrubkami i… skuterami! Krzychu wybiera to co jest mu potrzebne ,a ja rozmawiam z jednym ze sprzedawców i dowiaduje sie ze nie ma obowiązku rejestracji skuterów do 50 ccm ,oraz jazdy w kaskach …a ile wypadków -sporo…no tak co sie dziwić. W końcu Hela jest gotowa do dalszej drogi. A na stepie zaczyna prażyć słońce, jedzmy juz bo zaraz sie roztopię… i w końcu ruszamy. Mamy zwolnione tempo jedziemy około 70-80 km/h. Mijamy granice Krymu.  Wjeżdżamy do Mikolajewa i nagle Krzychowi łamie sie bagażnik pod kufrem. Warsztat samochodowy ze spawarką ratuje nas z opresji. W kolejnej wiosce moją Yamahę dopada stado dzieci. Pojawiają się kobiety ,matka i babka tych chłopców i zapraszają nas do siebie na kolacje oraz nocleg…po konsultacji z kolegami korzystamy z ich gościny. Popijamy piwo oraz winko, niezła sielanka. Wieczorem gdy juz zaczynamy rozbijać namioty ,wpada dziadek – głowa rodziny i robi niezłą zadymę z nożem w ręku. Wkrótce jednak sytuacja się uspokaja. W końcu można zamknąć oczy i odpocząć. Zabawa Młodego z tamtejszymi dzieciakami kończy się „zagubieniem” odtwarzacza MP3 – cóż, u nich pewnie to nieznane dobro zachodniej kultury…

 

 

 

Dzień trzynasty
Jak zwykle wstawanie sprawia nam trudności i opieszale pakujemy się. Paw grzebie przy MZ, która odmawia współpracy -nie zdążyliśmy ujechać nawet 1 metra…,ale w końcu udaje sie uruchomić Mz-tke. Jedziemy bez przeszkód. Nagle kolo 11 Kamikac nie dość ,ze wyprzedza ostro( pytam sama siebie po co???) to na dodatek po kilku kilometrach ostro zjeżdża na przeciwlegle pobocze w cień. No tak Kamikac ma ciężkie chwile… Musi odpocząć 10 minut-upal tak daje mu sie we znaki. W końcu ruszamy w upale dalej w strone Chmelnyckyj. Ściemnia się i znajdujemy motel – cena 200hr plus po 10hr za skuter. Bierzemy i nareszcie mamy normalną łazienkę i miękkie łóżko.

 

 

 

Dzień czternasty
Wstajemy zamiast o 6 ..o 7 mamy juz opóźnienie. Na śniadanie zjadamy jajecznice i zaczynamy znosić bagaże do skuterów. Poranne oglądanie Heli kończy sie wnioskiem -brak nakrętki na kole. Szukamy czy jacyś kierowcy tirów nie mają podobnej. Niestety. Paw jest załamany – przecież tak nie można jechać Krzychu jest bardziej optymistyczny, skoro dojechała Hela tu to te pare km. też przejedzie do Chmelnyckyj. Jedziemy powoli tak około 60km/h ale udaje się. Poszukiwania nakrętki i podkładek trwają dość długo. W końcu kupujemy i to kilka różnych. Zaczyna sie upal, ciężko wytrzymać na słońcu. Około 11 ruszamy w stronę Lwowa. Przebijamy się przez centrum -obwodnicy brak a dziur na ulicach sporo …to niezły slalom. W kocu docieramy do obwodnicy, zatrzymujemy sie na stacji paliw. Krótki odpoczynek, pożegnanie z Paw-lem i Kamikacem -oni ruszają odwiedzić Lwów ,ja i Krzychu na obwodnice i w stronę granicy do Rawy Ruskiej. Jest granica …stajemy w kolejce..grzecznie Celnik ukraiński karze nam jechać do przodu. W końcu zbieramy kilka pieczątek i stajemy do kolejki do podbicia paszportów. W międzyczasie inny celnik ukraiński pyta sie nas skąd jedziemy – z Krymu pada odpowiedz ,co ??? tymi maleńkimi??? i pędem leci do następnego powiedzieć mu skąd to Polaki wracają. Juz z podbitymi paszportami jedziemy na Polską odprawę. Mija dokładnie 14 dzień jak przekraczaliśmy Polską granicę ale w drugą stronę i to na Słowacji. Po takiej wyprawie zdaje się nam, że polskie drogi to lustro – równo ,gładko, bez dziur… Szybko jednak opadamy z sił. Konieczny nocleg już po polskiej stronie. Rano ruszamy juz bez przeszkód w stronę Stegny – prosto na zlot!
W Stegnie pojawiamy sie około 22…,ale to juz była Polska i do domu ze Stegny raptem 320km…W porównaniu do tego co przejechaliśmy to pikuś.

 

Jeśli ktoś ma zamiar tak jak my jechać na Krym to zanim wyruszy nich sprawdzi dobrze maszynę, wszystkie śrubki wkręci na loktaita i weźmie ich zapas ,kilka nakrętek tez sie przyda oraz jakieś tuleje i dobrze jest poznawać ludzi na postojach ,którzy mogą w wielu przypadkach pomóc i zaprowadzić do warsztatu w razie potrzeby . W każdym razie wszystkie maszyny -skutery pomimo tylu nękających je awarii i dziwnych zdarzeń dojechały cało wraz ze swoimi właścicielami .

Wszystkie zdjęcia dostępne są w naszej galerii.

 

Dodaj komentarz